sobota, 17 października 2009

Raport o wpływie Księżyca na ciążę mszyc

W czasie moich studiów pedagogicznych, a było to już jakiś czas temu i w niepoprawnym systemie społeczno-politycznym, uczono mnie, że tematem badań w naukach społecznych i humanistycznych nie może być wpływ czegoś na coś. Kiedy zatem przeczytałem w „Gazecie Szkolnej” (2009 nr 41), że Stołeczne Biuro Edukacji zamówiło w Centrum Komunikacji Społecznej Urzędu m.st. Warszawy badania na temat „Wpływu Rad Rodziców na życie warszawskich szkół”, to przypomniały mi się podstawowe zasady prowadzenia badań pedagogicznych. Być może w ostatnich miesiącach nastąpił tak dynamiczny rozwój nauk o wychowaniu, że nie zdążyłem tego nawet zauważyć i pominąłem jakieś niezwykle ważne odkrycie, które radykalnie zmieniło podstawy badań naukowych w tej dyscyplinie wiedzy. A ja, po prostu już nie nadążam. Ale, gdzie tam! Nic takiego się nie wydarzyło i wydarzyć nie mogło, bo gdyby ktoś udowodnił, że w procesach społecznych można dokonać jednoznacznego określenia wpływu jednej grupy czynników (zmiennych niezależnych) na inną grupę zmiennych (zależnych) z uwzględnieniem jeszcze wszystkich zmiennych pośredniczących, to zapewne otrzymałby za to Nagrodę Nobla. A tak, to pozostaje nam przyjąć z pokorą, że Szwedzi doskonale wiedzą, dlaczego tej właśnie nagrody nie da się przydzielić w naukach pedagogicznych!

Nie wiedzą jednak tego eksperci z powyższego Centrum, skoro podjęli się tak ambitnego zadania. Postanowili zbadać wpływ Rad Rodziców na życie warszawskich szkół. Nie wiemy jednak, o jakie im życie chodziło? Chyba nie budowlane, choć zapewne i to powinno być wzięte pod uwagę, gdyż nie bez Kozery mówi się o tym, że jakiś budynek „żyje” tyle a tyle lat. Rodzice zresztą najczęściej po to właśnie gromadzą składki na kontach swoich rad, żeby tę materię podtrzymywać przy życiu, żeby nie odpadały sufity, gzymsy czy zardzewiałe rynny, by było za co wywieźć śmieci, zapłacić za dostarczanie energii elektrycznej lub gazu, pomalować na szkolnych korytarzach lamperię a w salach lekcyjnych ściany itd., itd.

Nie dowiemy się jednak z tego raportu, jak żyją warszawskie szkoły – dobrze, słabo czy źle, które są bliskie agonii, a które tryskają zdrowiem? Badacze zapewne nie mieli pojęcia o zmiennej zależnej, jaką powinno być wymienione w temacie badawczym –„życie warszawskich szkół”, tylko oddali swoim zleceniodawcom (władzom) półprodukt, i to w dodatku marnej jakości, gdyby oceniać go na podstawie - rzecz jasna - opublikowanego artykułu. W istocie bowiem badali nie tyle wpływ rad rodziców na życie szkół, ile opinie rodziców czy funkcjonariuszy tych pseudospołecznych organów szkolnych na temat tego, w jakim stopniu są oni świadomi swoich praw i jak realizują swoje funkcje założone? Nikt tu nie badał wpływu czegokolwiek na cokolwiek! Równie dobrze, można by napisać, że zdiagnozowano wpływ Księżyca na ciążę mszyc. A jednak, nie zbadano ani tego, ani tamtego.

Co z tego Raportu wynika? Same oczywistości i banały. Ciekaw jestem, ile kosztuje dojście do wyników, które każdy znał przed rozpoczęciem diagnozy. A wyniki są oszałamiające! Cóż za precyzja wyliczeń i wysoka wartość poznawcza! Zacznę od tych banałów, by zarazem podkreślić pseudodiagnostyczną ich wartość (w nawiasach będzie mój komentarz):

- znajomość praw rodziców , przysługujących im w placówce oświatowej, jest raczej niska (Kategoria „raczej niska” oznacza bardzo precyzyjnie jakiś - choć nie wiemy jaki - odsetek rodziców o takim stanie wiedzy, czyli niewiedzy. Może była w tym sondażu opinii kategoria niska i bardzo niska, albo beznadziejnie niska, więc być może należy odczytywać te dane jako wysoce pozytywne).

- Dotyczy to tak samo rodziców niezaangażowanych akurat w organizacje samorządności rodzicielskiej, jak i badanych członków Rad Rodziców (Co to znaczy – „tak samo”? Czy tak samo ze względu na to, że o opinię proszono rodziców, niezależnie od ich stopnia zaangażowania, czy „tak samo” dotyczy tego samego rozkładu opinii na powyższy temat? Zapewne chodzi o to drugie, ale ciągle nie wiemy, ile wynosiło to „tak samo” i czy aby na pewno było to „tyle samo”?) ;

- Źródłem informacji o prawach rodziców jest najczęściej dyrekcja placówki, wiedza potoczna lub „poczta pantoflowa”. Jest to informacja przypadkowa, fragmentaryczna i często nieaktualna. (Tu, podobnie jak wcześniej, brakuje danych – ilu osób dotyczy taka opinia. Czy rzeczywiście jej rozkład był taki sam w odniesieniu do trzech w/w źródeł? Czy kategoria „najczęściej” dotyczy tylko dyrektorów szkół, czy także wiedzy potocznej i „poczty pantoflowej”? Z czego badacze wyciągnęli wniosek, że ta wiedza jest przypadkowa, fragmentaryczna i często nieaktualna? Nie pytam już o to, jak często? );

- Członkowie Rad Rodziców w większości mają też poczucie ograniczonego raczej wpływu na decyzje zapadające w placówce.(Tu bardzo mnie interesuje, jaki był wskaźnik tego poczucia wpływu i jak rozróżniono ograniczonego raczej wpływu od innych poziomów na skali powyższego poczucia? Czy większość oznacza dla tych wybitnych badaczy 50%+1 respondent, czy może 76% badanych? O jakiej tu większości jest mowa?)

- Mimo wszystko, Rady Rodziców są uważane za reprezentację ogółu rodziców, ogniwo pośredniczące pomiędzy nimi a dyrekcją. Jest to zgodne przekonanie zarówno członków takich Rad, jak i rodziców niezaangażowanych w organizacje samorządności rodzicielskiej.(Jaki jest poziom zgodności tej opinii i jaka jest jej wiarygodność, skoro wyrazili ją także rodzice niezaangażowani w Rady? Moje pytanie jest o tyle zasadne, że – jak się stwierdza w tym Raporcie – Wszyscy rodzice – członkowie Rad – mocno podkreślają przy tym kompletny brak zaangażowania „w szkołę” ogółu rodziców.)

Gdybym otrzymał taki Raport, a szkoda mi czasu na dalszą analizę zawartych w nim artefaktów (ufam, że jego autorzy rozumieją ten termin) wyrzuciłbym go do kosza na śmieci, bo jest on tyle wart, co papier, na którym zapewne został wydrukowany. Jeśli władze Biura Edukacji będą potrzebowały kolejnych badań na temat wpływu tego typu ekspertyz na życie warszawskich szkół, to mogą na mnie liczyć. Policzę im nie tylko ciąże mszyc.

1 komentarz:

  1. Szanowny Panie Profesorze!
    Mój Promotor, już na pierwszym seminarium magisterskim, skarcił mnie za użycie określenia "wpływ" przy konstruowaniu problemu badawczego. Bardzo zapadła mi ta krytyka w pamięci, do tego stopnia, że nawet na co dzień staram się nie mówić o wpływie c z e g o ś na c o ś.
    Szkoda, że nie wszyscy mieli szczęście spotkać na swojej naukowo-badawczej drodze tak Wpływowego Profesora :)!
    Z poważaniem,
    Czytelniczka

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.