wtorek, 20 października 2009

Komercyjne harce dyrektorki szkoły podstawowej

W kierowanej przeze mnie uczelni rozpoczęły się obrady VI Międzynarodowej Konferencji „Edukacja alternatywna – dylematy teorii i praktyki”. Nieco zmęczony po całym dniu interesujących spotkań, referatów, swobodnych wypowiedzi dyskusyjnych na temat tego, czy(m) jest dzisiaj edukacja alternatywna, nawet nie przypuszczałem, że kiedy sięgnę po wydanie „Dziennika Łódzkiego”, przeczytam w nim o alternatywnym podejściu dyrektorki jednej z łódzkich szkół podstawowych do harcerzy. W tym przypadku mamy do czynienia z tak zwaną alternatywą destrukcyjną, negatywną, toksyczną.

W szkole zmieniła się dyrektorka, której - poza godzinami jej pracy - przeszkadzają pałętający się po szkole harcerze. Nie dość, że oddała im za darmo jedno z pomieszczeń do organizowania w nim zbiórek, to bezczelnie podczas nich „palili świeczki, biegali po szkole, zostawiali otwarte drzwi wejściowe. Raz wrzucili plastikowe pojemniki do toalety”. Co zrobić z taką chuliganerią? Wyrzucić ją ze szkoły, i problem z głowy. Tak to jest, kiedy pedagogom dzieci przeszkadzają w ich pracy. Najlepiej by było, gdyby szkoła została zamknięta po lekcjach na trzy spusty. Ale pomysłowa dyrektorka wpadła na lepsze rozwiązanie. Izbę harcerską przekazała odpłatnie do prowadzenia w niej zajęć karate. Tak oto komercja wygrała z harcami. Jak stwierdziła zacna pedagog: „Za lekcje karate odpowiada trener, który je prowadzi. Poza tym on płaci za wynajem sali, a harcerze mieli ją darmo”. Na drzwiach budynku wywiesiła zatem kartkę z informacją że zbiórek już w tej szkole nie będzie.

Przypomniało mi się w związku z tą historią, jak w okresie PRL, kiedy to harcerstwo wcale nie było mile widziane w mojej rejonowej szkole podstawowej, byłem podobnie wyrzucany z zastępem harcerskim z budynku szkoły. Poradziliśmy sobie z tym problemem dość łatwo. Zbiórki organizowałem w piwnicy bloku mieszkalnego, i to w tej jej części, która wymagała zrealizowania niektórych zadań pod dachem, ze względu na złą pogodę. A potem szliśmy w teren. Na harce. Dyrektorce wspomnianej powyżej szkoły słowo harce zapewne kojarzy się tylko ze swawolną zabawą czy anarchizacją zachowań dzieci. Ciekawe, jakie banały na temat wychowującej roli szkoły zostały zapisane w Statucie tej placówki oraz w jej programie wychowawczym?

(http://polskatimes.pl/dzienniklodzki/stronaglowna/175245,dyrektorka-szkoly-podstawowej-nr-166-wyrzucila-harcerzy,id,t.html)

4 komentarze:

  1. Ja również byłam przez krótki okres czasu harcerką ale na szczęście w mojej szkole dyrektrka nie robiła problemów... W końcu to dla dzieci :) Pozdrawiam Paulina Olejniczak

    OdpowiedzUsuń
  2. a może tak przed napisaniem krytycznej opinii i oczernieniu niewinnej osoby lepiej byłoby się zapoznać z faktami?

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeśli wspomniane wydarzenie zostało przedstawione przez DŁ fałszywie, to są możliwości ukrócenia takich praktyk. Ja odniosłem się do przekazu medialnego, który stał się wraz z nim przykrym faktem publicznym. Chętnie napiszę w swoim blogu o szczególnie wartościowej współpracy dyrekcji szkoły z instruktorem(-ami) harcerskim (-i).

    OdpowiedzUsuń
  4. w dzisiejszym wydaniu Dziennika Łódzkiego został potwierdzony fakt usunięcia harcerzy z pomieszczenia, które było ich izbą harcerską. Dobrze, że dyrektorka szkoły przywróciła harcerzom prawo do odbywania zbiórek na terenie szkoły. Nie ma nic wstydliwego w przyznaniu się do błędu nawet, jeżeli nastąpiło to w wyniku krytyki publicznej czy urzędowej ze strony kuratorium. Smutne jest w tym wszystkim to, żeharcerzom nie oddano ich izby (przez nich przecież wcześniej urządzonej) przeznaczając ją na inne cele. Zadziwiają też przytaczane w DŁ fakty wskazujące na to, że harcerstwo jest nie tylko poza istotą rozumienia jego wartości socjalizacyjnej, ale także kooperacyjnej.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.